Nagonka na książkę Artura Domosławskiego „Kapuściński non-fiction” dziwi. W końcu napisana jest sprawnie i poprawnie. Od literatury faktu nie wymaga zgodności z faktami, oportunizm przedstawiony jest jako talent towarzyski, donosicielstwo - jako dramat donosiciela. Nawet zdrady małżeńskie opisane są ładnie, taktownie („prawie szeptem”) i wywołują nie tyle dewocyjne oburzenie, co chęć naśladowania Mistrza. Najbardziej zdziwiony aferą jest autor, który z uśmiechem niemowlęcia powtarza: Pisałem książkę z empatią i sympatią dla jej bohatera. Nadal uważam Kapuścińskiego za swojego mistrza.

Wydawało się, że nie będzie innych recenzji niż entuzjastyczne. Książka Domosławskiego została bowiem wyposażona w liczne mechanizmy zabezpieczające: w podziękowania, przedmowy, a nawet w magiczne zaklęcia.

Zabezpieczenia zawiodły

1. Autor do perfekcji opanował sztukę podziękowań. Najtłustsze otrzymała oczywiście Anna Bikont. Domosławski uznał ją za Ducha, który natchnął go arcydziełem. Nie napisał: „Na początku było słowo”, tylko: „Na początku był e-mail od Ani Bikont. Może byśmy napisali wspólną biografię Ryśka…” „Ania – zaklina się Domosławski - wciągnęła mnie w przygotowania do podróży po jego życiu”.

Autor zakadził też drobniejszemu zwierzchnictwu (ale miał za co!): „Jarosław Kurski i Marek Beylin, moi szefowie w »Gazecie Wyborczej«, udzielili mi urlopu, dzięki czemu przez blisko rok mogłem poświęcić sto procent swojego czasu na pisanie książki”.

Stosowne wyrazy otrzymała też Wdowa: „Pani Alicji Kapuścińskiej dziękuję za wszystko, co służyło powstaniu tej książki. Jestem wdzięczny za troskę, za udostępnienie archiwum”.

 2. Biografię poprzedziły aż cztery buforowe przedmowy. Eksmarksistowski socjolog Zygmunt Bauman oznajmił, iż jest to „wielka książka o wielkim człowieku”, pisarz Andrzej Stasiuk podkreślił, że autor uchwycił „wielkość” Mistrza i „nie uczynił z niego eunucha” (czyżby chodziło o romanse?); dziennikarka Teresa Torańska w tonie reklamy („nie dla idiotów”) stwierdziła, że dzieło Domosławskiego jest nie dla tych, którzy najlepiej czują się w uproszczonym świecie. Na koniec historyk Marcin Kula pochwalił autora za całokształt.

3.W książce rozmieszczone zostały ochronne zaklęcia magiczne - nie zawsze na temat, ale jakże poprawne! Przy okazji poznawania perypetii małżeńsko-politycznych Kapuścińskiego czytelnik musi usłyszeć „o zbrodni Polaków na żydowskich sąsiadach w Jedwabnem” i o tym, że Adam Michnik to: „Legendarny opozycjonista wobec reżimu Polski Ludowej”. W sztuce demonstrowania swej poprawności Domosławski wykazuje czasami niezwykłą pomysłowość. Przykładowo: pech chciał, że w Pińsku, w którym urodził się Kapuściński, nie było przed wojną pogromów. Ale autor i z tego potrafił wybrnąć, pisząc: „W Pińsku – inaczej niż w miastach na Białostocczyźnie, także w Wilnie i Lwowie – nie dochodzi w latach trzydziestych do pogromów ludności żydowskiej”...

I na koniec (też w ramach zabezpieczeń): autor informuje, iż książkę czytało i niejako ukoszerniało kilku Wielkich Szamanów: Zygmunt Bauman, Daniel Passent, Marian Turski etc.

A jednak książka została skopana i to przez takie Autorytety, jak profesor przez zasiedzenie Bartoszewski i prezes honorowy Bratkowski. Prezes nawet dał do zrozumienia, że Domosławski jest hieną. Nieskazitelny abp. Życiński uznał twórczość Domosławskiego za „działalność na poziomie magla”, tłumacz Martin Pollack skojarzył książkę o Kapuścińskim z ojcobójstwem i oświadczył, że jej nie przełoży. Nawet macierzysta „GW” dołożyła swemu autorowi! Szef Beylin nie zrewanżował się Domosławskiemu czułością, tylko stwierdził, że Kapuściński został przez niego spłaszczony i pomniejszony. Nawet Wdowa zarzuciła biografowi naruszanie dobrego imienia jej Męża, zażądała wstrzymania druku i 50 tys. na Fundację im. Kapuścińskiego. No cóż: z dobrym imieniem jest jak z pasztetem z zająca: żeby go zrobić, trzeba najpierw mieć zająca... Jeśli jakieś rodziny osiągały przez lata korzyści z tego, że ktoś postępował haniebnie – powinny teraz wytrzymać parę dni potępień. Polacy nie są mściwi, wygadają się i zapomną! Dobytku po przestępcach nie odbiorą. Wdowie zaś trzeba zadedykować myśl Schopenhauera: ktoś, kto prostuje kłamstwo, niczego nam nie odbiera, wręcz przeciwnie. Walka o „dobrą pamięć” kogoś, kto pisał donosy i był karierowiczem, jest walką o prawo do oszukiwania siebie i innych. Walką o mit – i to podejrzany.